KAMIEŃ

Autor: Ir _, Gatunek: Proza, Dodano: 23 września 2018, 10:26:05

                                                           Bardziej niż kamień milczy cień kamienia.
                                                          Ryszard Podlewski


 


   Był w jakimś znaczeniu milowym. Odmierzał ponad pół wieku. Od kamienia do kamienia.
Ten pierwszy czuwał przy ogromnej bramie, która była swego rodzaju otworem na inny świat. Jej, czteroletni, zamykał się kręgiem cienia lipy, brzęczeniem zaciążonych pyłkami pszczół i stadem plotkujących gołębi. W głębi szumiały tartaczne maszyny a świat zamykały bluszczem porośnięte ogrodzenia.
W dziecięcej głowie nieustannie pojawiała się myśl: a co za tą bramą ?
Zawsze jej powtarzano, że kiedy będzie większa, to sama tam pójdzie. Bardzo chciała.

   Mama nosiła zamszowe buty na obcasach, przyozdobione wężową skórką, na które popatrywała z zazdrością.
Och, mieć wreszcie obcasy i koniecznie biust jak pani Zosia, od której mężczyźni nie odrywali wzroku.
Po namyśle z biustu zrezygnowała. Po pierwsze, na pewno by ją przeważył, a druga przyczyna była istotniejsza. Kiedyś grono furmanów, przywożących dłużyce do tartaku, na widok pani Zosi, niosącej wodę ze studni, głośno zarechotało. Komentarz mieli jeden -  O, jaka rozłożysta. Nie chciała być rozłożysta.
Miała przed oczami swojego pieska, który ślinił się na widok smakołyków zwędzonych Mamie podczas przygotowania obiadu. No, bo pies, to pies, może się ślinić na widok czegoś ekstra, ale mężczyźni?
Zrezygnowała więc z biustu, ale z obcasów nie.
   Wymyśliła, że jeśli Mama może chodzić do bramy sama, to wystarczy po prostu mieć tylko obcasy i droga w świat staje otworem.
   A było co oglądać. Jeździły furmanki, samochody zostawiały wstęgę błękitnego dymu, za którą chłopaki biegli, wąchając, a potem przekonywali, że ładnie pachnie. Panie chodziły w kapeluszach, a małe dziewczynki, najczęściej ciągnięte za rękę przez mamy, ledwie mogły udźwignąć głowy z wielkimi kokardami.
Tak. To był świat w zupełnie starym stylu.
Poradziła sobie. Wystarczyły szpulki po niciach, którymi Mama szyła na maszynie, sznurowadłami przywiązać wokół kostki...i w świat.
   Wiadomo, początki nie są łatwe. Kiedy pierwszy raz przebrnęła po kocich łbach odcinek stu metrów, co najmniej tyle samo razy małe nóżki wykręcały się dziwnie i pewnie, jeśli ją ktoś obserwował, miał zabawę też setną.
Wreszcie brama, a przy bramie on. Duży. Polny. Kiedy pierwszy raz się spotkali, zmierzyła go wzrokiem i stwierdziła, że gdyby miał oczy to spojrzeliby sobie w nie głęboko. Byli tego samego wzrostu.
Nogi na „obcasach” bolały, więc wdrapywała się na szczyt, a wyglądało to tak, jakby ziarenko piasku chciało przepchnąć kolosa.
   A tam było bajkowo.
Punkt obserwacyjny, do tego ciepły i nagrzany słońcem, rozleniwiał. Zdarzało jej się nawet na nim przysnąć.
Wyprawy „na kamień” tak weszły w nawyk, że kiedy tylko Mama była zajęta młodszą siostrą, ona drepciła już bez przywiązywanych tasiemką „obcasów” do miasta, jak sama nazywała to co za bramą.                                                      


   Mówią, że dzieciństwo kończy się, kiedy umierają rodzice.
Jej skończyło się za wcześnie, choć rodzice ciągle żyli.
Nie było już wypraw w kierunku bramy. Uczyła się na nowo chodzić po mieszkaniu.
W zapomnienie poszły, graniczące ze zdobywaniem Himalajów, zjazdy po chybotliwej poręczy schodów, wspinaczka po niej i inne wariactwa, jak to określała Mama.
Przestała być królową podwórka, które i tak opuściła przeprowadzając się w inny zakamarek miasta.

   Priorytetem stała się szkoła i poznawanie nowej okolicy.
A ta kryła tyle tajemnic, że często wieczorami nie mogła zasnąć, klasyfikując wszystkie odkrycia dnia według ważności. Czy ważniejsze jest to, że nieznajomy pan zabiera nagrobki ze starego niemieckiego cmentarza i buduje fundamenty pod swój dom, czy może to, że w zaroślach nieuczęszczanej części parku natrafiła z dzieciakami z osiedla na cmentarne płyty z napisami w nieznanym sobie języku?
Żyłka detektywa prowadziła do poznania nazwy : macewy.

   Świat już nie kończył się przy bramie z „jej” kamieniem, ale pod różnymi kształtami towarzyszył dniom. Były też maleńkie, zbierane wakacjami na plażach. Z sentymentem przekładała gładki, zielonkawy do kieszeni, aby uścisnąć coś, co miało moc talizmanu. Kamień.
Droga, oznaczona nimi, uwierzytelniała życie. Często były wybojami, czasem wspomnieniem, ale były zawsze.
   Teraz, rytm dnia , tygodnia też wyznacza kamień. Spacery kończą się w parku przy polnym, który jest jej wzrostu, tak jak ten z dzieciństwa.
A ten pierwszy, który otwierał świat, leży dalej w tym samym miejscu, ale jakoś skarlał i bramy już nie ma. Zamknięty rozdział.

   Kamyczek po kamyczku, przesypała się klepsydra. Nie ma ochoty i nikogo, dla kogo
warto ją odwrócić.

Kolejny kamień, kiedyś, zamknie pamięć o niej. 

Komentarze (5)

    • julka d
    • 23 września 2018, 18:14:32

    życie znaczone kamieniami..
    nie pamiętam swoich 4 urodzin, bo pewnie były jak wszystkie inne w dzieciństwie. Twoje - to granica, za którą wszystko stało się inne.

  • fajne, ciekawe, choć początek dla mnie trochę oderwany, ale dalej fajne.

    • Ir _
    • 23 września 2018, 20:32:48

    Dzięki dziewczyny za czytanie:)
    Zawsze warto mieć w kieszeni kamyk, który grzeje dłoń wspomnieniami i nie martwić się tym, który kiedyś przygniecie.

    • Ir _
    • 25 września 2018, 11:54:47

    Elżbieto, Dominiku, dziękuję za okienka:)

  • Radość poczytania:)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się